Tulipany na Wawelu

Mieszkam już tyle lat w Krakowie i dziwię się, że coraz bardziej kocham to miasto. Myślę, że nigdy mi nie spowszednieje. A kiedy idę na Wawel, jestem w siódmym niebie.
Lubię spacerować zwłaszcza po dziedzińcu, rozpościerającym się zaraz koło Katedry Wawelskiej.
Jego większą część zajmuje ogromny trawnik, nad którym wczesną wiosną pojawiają się chmury białych i różowych kwitnących magnolii.
Trawnik z dwóch stron otaczają długie rabaty kwiatowe. Umiejętnie skomponowane i świetnie pielęgnowane wzbudzają powszechny zachwyt. Również i mój, a na roślinach to ja się znam.

Jak by nie było Wawel to wizytówka Polski. Tu wszystko powinno być piękne.

Na rabatach najwięcej miejsca zajmują byliny, czyli rośliny wieloletnie. Pomiędzy nie dosadzane są rośliny jednoroczne kwitnące bez przerwy przez cały sezon.
Najpiękniej jednak rabata ta wygląda wczesną wiosną. Wtedy zakwitają posadzone grupkami narcyze, oszałamiająco pachnące hiacynty i tulipany.
Ach, te tulipany…

Czytaj dalej


Posadzone grupkami w przeróżnych kolorach: białe, czerwone, żółte, fioletowe i łaciate… Kolorowe plamy są widoczne z daleka. Mają grube łodygi, grube pokryte woskowym nalotem liście i okazałe kwiaty. Wyglądają solidnie, ale to tylko pozory. Są niezwykle kruche i delikatne. Może je uszkodzić byle dotknięcie.
Kilka lat temu wczesną wiosną bywałam tam co tydzień.
Przypominam sobie takie zdarzenie: tata z mamą usiedli na krawężniku okalającym kwiaty. Kilkuletniemu synkowi dali aparat, aby zrobił im zdjęcie. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie plecak na ramionach taty. Dyndał nad kwitnącymi główkami tulipanów, łamiąc je.
Nie mogłam na to patrzeć. Krew uderzyła mi do głowy. Nie pamiętam dokładnie, w jaki sposób zwróciłam im uwagę, być może krzyczałam. Kiedy oprzytomniałam, usłyszałam, że jestem nienormalna i bezczelna. W odpowiedzi nerwowo zaczęłam rozglądać się za strażnikami. Rodzinka natychmiast zniknęła. Dobrze wiedziała, że racja była po mojej stronie.

Potem wiele razy bywałam nienormalna i broniłam rabat na Wawelu.
Do czasu.
Bo którejś niedzieli spotkałam 'koleżankę’. Nie znałam tej pani, ale robiła to samo co ja.
Poczułam ulgę.
Nie jestem sama.
I mam cichą nadzieję, że „koleżanek’ przybywa.

Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. pola wymagane*