Niedawno miałam męczący sen w którym zgubiłam się podczas wycieczki, a podróżowałam z grupą. Przemierzałam jakieś wnętrza, nawet niebrzydkie ogrody i spotykałam w miarę życzliwych ludzi. Jednak nie odnalazłam tego czego szukałam.
Kiedy się obudziłam, jeszcze w półśnie, stwierdziłam, że podświadomość podpowiada mi w jakim punkcie życia się znajduję i że nadal poszukuję swojego ja, swojej esencji.
Od razu przyszedł mi na myśl obrazek sprzed lat. Byłam całkiem mała, miałam ze trzy lata. Był słoneczny, ciepły, wczesny poranek. Na otwartych drzwiach na balkon powiewała firanka. Pachniało świeżym powietrzem, a ja leżałam w metalowym łóżeczku z siatką.
![]()
Z kuchni dochodziły łagodne odgłosy krzątaniny mamy, gruchały synogarlice, a ja nie spałam, ale leżałam bez ruchu.
Było mi niewypowiedzianie dobrze, spokojnie, bezpiecznie. Jednym słowem odczuwałam błogostan, a śpiew synogarlic na zawsze pozostał dla mnie najpiękniejszym odgłosem na świecie.
Coś mi się wydaje, że poczułam wtedy moją duszę.
Był to taki czas, że często zadawałam pytanie:
– Mamusiu, gdzie ja byłam jak mnie nie było?
– U Pana Boga za piecem- odpowiadała mama
Czyżby Wyższe Sfery to usłyszały i chciały mi przybliżyć to „U Pana Boga za piecem”? bo jakoś zupełnie tego nie pamiętałam…

Błogostan, tak, w tych czasach to prawie luksus, a jednak warto nie ustawać w jego poszukiwaniu.
Pozdrawiam serdecznie