Pąsowe róże

W ubiegłym roku ja i moja przyjaciółka miałyśmy udane wakacje. Pogoda była znakomita, woda w Bałtyku niewiarygodnie przejrzysta, jak przystało na najbardziej na północ wysunięty punkt w Polsce. Cały ten maleńki kurort pachniał sosnowymi lasami. Wypoczęłyśmy fantastycznie, ale powrót rysował się nieciekawie. Bez auta nie było łatwo, bo z tej maleńkiej miejscowości we wrześniu można się wydostać tylko dwoma autobusami w ciągu doby. Groziło nam sześciogodzinne oczekiwanie na pociąg do Krakowa na dworcu nieco większej, ale zapyziałej miejscowości.

Stojąc przy rozkładzie, głowiłam się, co zrobić i wtedy przygodna znajoma podsunęła mi pomysł: jedźcie do dużego nadmorskiego miasta , zostawcie bagaże na dworcu i pochodźcie sobie po starówce. Tak też zrobiłyśmy.

Wcale nie planowałam tej dodatkowej atrakcji, ale widać tu jak na dłoni, że wszystkim zarządza Opatrzność. Również tym, żebym poznała pewną niezwykłą osobę i opisała ją, co czynię poniżej. Pogoda nadal była wymarzona: ciepło, słonecznie, a turystów jakby mniej. Nie spiesząc się, spacerowałyśmy po zabytkowych uliczkach, a ja nie posiadałam się ze szczęścia, bo przeżywałam swoje sny na jawie.
Czytaj dalej

Powoli się ściemniało, a światła kawiarni i lamp ulicznych potęgowały urodę kamieniczek. Trochę już zmęczone rozglądałyśmy się za miejscem do odpoczynku i wtedy zwróciłyśmy uwagę na starszą kobietę, siedzącą na jednym z trzech ogromnych drewnianych foteli tuż przy deptaku. Mimo że zapadł już zmrok, w oczy rzucały się cztery dorodne, pąsowe róże, które trzymała w ręku. Z ulgą dołączyłyśmy do niej. Okazało się, że kobieta pomaga koleżance, właścicielce róż, która miała się zaraz pojawić. Zanim to nastąpiło, podszedł do niej młody turysta i kupił te cztery róże za całkiem przyzwoitą kwotę co mnie zdziwiło, bo ja bym się nie zorientowała, że kwiaty są na sprzedaż.

Wreszcie zobaczyłyśmy tę zapowiedzianą koleżankę. Zbliżała się do nas powoli, co było zrozumiałe, bo miała tylko jedną nogę. Wspierała się na kulach. Kiedy już się usadowiła, sama zaczęła rozmowę.

Nie mogłam uwierzyć, że jest taka radosna. Otwarcie opowiadała o sobie i o swoich dzieciach. Okazało się, że miała wypadek pięćdziesiąt lat temu. Tramwaj ciągnął ją kilkadziesiąt metrów i przez to straciła prawą nogę i biodro. Za chwilę przekonałam się, że prawą rękę też ma uszkodzoną.

Zdradziła nam, że ma troje dzieci, wszystkie po wyższych studiach, a jedna córka jest mężatką. Dzieci sama zdołała utrzymać i wykształcić. Sama, bo mąż był trunkowy. Niezrażona swoją kondycją podróżowała i zdołała odwiedzić sporo europejskich krajów.

Nie kryłyśmy swojego podziwu, a ona zachęcona opowiadała dalej.

– I wie pani jak zarabiałam? Sprzedawałam kwiaty. Wiem, że tu nie wolno i nieraz muszę płacić mandat. No i płacę.
Była zadowolona ze wszystkiego i akceptowała to, co do niej przychodziło. Nigdy wcześniej nie spotkałam takiej szczerej, otwartej i radosnej istoty. W nikłym świetle dałam też radę zauważyć, że na jej twarzy nie ma zmarszczek, a miała już siedemdziesiąt osiem lat!
Fascynująca osoba. Do dziś zadaję sobie pytanie, dlaczego nawet nie zapytałam, jak miała na imię.

Tagi: Brak tagów

Jedna odpowiedź

Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. pola wymagane*