Oczy jak latarki

Moja mama nie tak dawno odeszła czyli opuściła swoje ciało. Wiem, że śmierci nie ma, że to tylko przejście do innego świata, że zmarli nie chcą, żebyśmy rozpaczali. Tak, wszystko to wiem, ale zabrakło tej kochającej, wszystko wybaczającej, zawsze na swoim miejscu istoty… mamy.
I popadłam chyba w depresję. Być może płakałam nad sobą, ale było mi ciężko.
Zamówiłam oczywiście gregorianki czyli msze odprawiane przez 30 dni za daną duszę , ale zastanawiałam się, czy to wystarczy. Dużym wsparciem dla mnie podczas ostatnich dni mojej mamy była jej sąsiadka Marysia. Parę lat temu pomagała rodzinie podczas choroby taty, a potem mojej mamy. Jest mi bliska jak ktoś z rodziny, a ja dzięki jej pomocy nie musiałam być przy mamie cały czas…
Często rozmawiałam z Marysią przez telefon, a podczas ostatniej rozmowy powiedziałam:
– Wiesz Marysiu, tak bym chciała, żeby mama dała znać jak jej tam jest. Czy jest zadowolona, może czegoś potrzebuje, co ja mogłabym dla niej zrobić…niechby mi się przyśniła…
– Nie łudź się, że ci się przyśni. Oni przychodzą kiedy sami chcą, a nie wtedy kiedy ty byś chciała
– odpowiedziała Marysia.
Okazało się, że nie miała racji. Najbliższej nocy jednak mama mi się przyśniła. I to nie sama, ale z tatą pod rękę! Przyszli do mnie równo o drugiej w nocy, bo zaraz po tym śnie się obudziłam. Ja stałam niżej, a rodzice byli wyżej. Poczułam przeogromną miłość od nich bijącą. I te oczy…bo oczy w tym śnie mieli jak latarki… i to za jakiś czas zaczęło mnie niepokoić. Pytałam wszystkich co by to mogło znaczyć, nikt nie wiedział. Dopiero mój brat cioteczny misjonarz uspakajał: – Nie martw się, wiele osób , którzy stracili bliskich mówi, że w snach mieli oczy jak latarki.

Czytaj dalej


Nie do końca to mnie przekonało i często nadal rozmyślałam nad znaczeniem tych latarek. W końcu przyszedł mi na myśl tekst, który sama napisałam sporo wcześniej pt. ” Spotkanie z Dalaj Lamą”. Właśnie tam koleżanka wspominając mówi do mnie:- Elu, a oczy miałaś jak latarki.
Dopiero wtedy się uspokoiłam, bo pamiętałam to uczucie szczęścia i miłości, które wprost mnie rozsadzało. Wniosek z tego, że rodzice są szczęśliwi i żywią do mnie właśnie takie uczucia.
Jednak coś jeszcze pozostało do wyjaśnienia. Oni oboje mieli na sobie jesionki, takie jak były modne w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Dość długie, obszerne, z prawdziwej wełny, solidne, na taki materiał mówiło się sól z pieprzem.
Znaczenia tych jesionek jeszcze nie rozgryzłam, ale mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi. Tak to jest z duchowymi sprawami, że na zrozumienie trzeba poczekać nieraz bardzo długo…myślę, że ono przychodzi wraz z naszym wzrastaniem.

Dodaj komentarz

Twój email nie zostanie opublikowany. pola wymagane*