W ubiegłym roku ja i moja przyjaciółka miałyśmy udane wakacje. Pogoda była znakomita, woda w Bałtyku niewiarygodnie przejrzysta, jak przystało na najbardziej na północ wysunięty punkt w Polsce. Cały ten maleńki kurort pachniał sosnowymi lasami. Wypoczęłyśmy fantastycznie, ale powrót rysował się nieciekawie. Bez auta nie było łatwo, bo z tej maleńkiej miejscowości we wrześniu można się wydostać tylko dwoma autobusami w ciągu doby. Groziło nam sześciogodzinne oczekiwanie na pociąg do Krakowa na dworcu nieco większej, ale zapyziałej miejscowości.
Stojąc przy rozkładzie, głowiłam się, co zrobić i wtedy przygodna znajoma podsunęła mi pomysł: jedźcie do dużego nadmorskiego miasta , zostawcie bagaże na dworcu i pochodźcie sobie po starówce. Tak też zrobiłyśmy.
Wcale nie planowałam tej dodatkowej atrakcji, ale widać tu jak na dłoni, że wszystkim zarządza Opatrzność. Również tym, żebym poznała pewną niezwykłą osobę i opisała ją, co czynię poniżej. Pogoda nadal była wymarzona: ciepło, słonecznie, a turystów jakby mniej. Nie spiesząc się, spacerowałyśmy po zabytkowych uliczkach, a ja nie posiadałam się ze szczęścia, bo przeżywałam swoje sny na jawie.
![]()
