Wieczerza wigilijna była już gotowa. Potrawy pyszniły się na białej porcelanie z kobaltowymi i złotymi paseczkami. Choinka, przystrojona w bombki pamiętające ubiegły wiek, pachniała na cały dom, a rodzina w odświętnych ubraniach zgromadziła się w pobliżu świątecznego stołu. A potem był najpiękniejszy moment tego wieczoru: dzielenie się opłatkiem i składanie życzeń. Babcia Ela jak zwykle się rozczuliła i po kryjomu przełykała łzy, kiedy wypowiadała „niech Bóg obdarzy cię szczęściem i pokojem”. Życzenia trwały długo, wszyscy się ściskali i panowało lekkie zamieszanie, z kuchni zalatywał aromat barszczyku. Powoli emocje opadały i wszyscy zajmowali swoje miejsca przy stole, oczywiście oprócz tego jednego, czekającego na niespodziewanego gościa.
W tym momencie rozległ się dzwonek, a dziadek cicho westchnął:
– Któż to może być?
– Już biegnę otworzyć! – zaoferowałam się.
Dopadłam drzwi wejściowych, a na moje pytanie:
– Kto tam?
Usłyszałam cienki głosik:
